czwartek, 27 sierpnia 2009

Płyta: Ready for the Weekend Calvina Harrisa




Podczas pierwszych sekund słuchania tej płyty można się trochę zaniepokoić. Gdy rozbrzmiewa saksofon, niepokój zamienia się w panikę – ktoś nam podmienił pana Harrisa! Po chwili jednak wszystko wraca do normy, saksofon ustępuje miejsca charakterystycznym popierdywaniom, a ja oddycham z ulgą. Nie na długo jednak. Może to nieuniknione prawo ewolucji sprawiło, że Calvin przestał adorować lata 80., znudziła mu się Amiga i wziął na warsztat kolejną dekadę. Nadal produkuje sporo kiczowatych, syntezatorowych plumkań, za które pokochaliśmy go dwa lata temu, ale na nowej płycie królują zamaszyste house’owe brzmienia lat 90. Większość tekstów, jak złośliwie zauważył jeden z angielskich krytyków, zostałaby odrzucona przez każdą firmę produkującą okolicznościowe pocztówki. Ale teksty akurat nigdy nie były mocną stroną Harrisa. Choć podczas pierwszego przesłuchania wyczekiwane niecierpliwie„Ready for the Weekend” nie zachwyca, to trzeba przyznać, że chwytliwe to jak cholera. Co by jednak nie mówić, fakt pozostaje faktem – ktoś przytępił Calvinowi pazura.

Autor:
Ola Wiechnik

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza